Agdam – życie po apokalipsie

Miasto Agdam, leżące na pograniczu Azerbejdżanu i samozwańczej Republiki Górskiego Karabachu, nazywane bywa „kaukaską Hiroshimą”. Dawne centrum regionu to dziś ciągnące się kilometrami ruiny – niemi świadkowie zakaukaskich konfliktów zbrojnych. Nad postapokaliptycznym pejzażem dominują minarety centralnego meczetu, jedynej niezniszczonej budowli Agdamu, pełniącej dziś rolę obory. A jednak miasto nie całkiem opustoszało…

Taksówkarz ostrzegał: „oni tam żyją jak bezdomni”. Czarna Łada pokonywała wyboistą drogę z niedalekiego Askeranu, a mgła gęstniała z każdym metrem, otulając pozostałości zrujnowanego miasta. To chyba znamienne, pomyślałem, w mieście duchów musi być mgła, takie miejsca nie mogą być po prostu ciepłe i słoneczne. Kilkanaście kilometrów dalej znajdował się front, ale tutaj, w Agdamie, od dwudziestu lat nikt już do nikogo nie strzelał. Dokładniej to od 1993 roku, gdy podczas wojny armeńsko-azerbejdżańskiej wypędzono wszystkich mieszkańców miasta, a uciekający Azerowie zaminowali większość budynków.

Wysiadłem z taksówki, zapłaciłem, trzasnąłem drzwiami, po czym pogrążyłem się w plątaninie uliczek. I wkrótce spotkałem Dawida.



- Pijesz kawę? – bez ceregieli spytał Dawid, gdy ujrzał mnie obok swej chatki, po czym, nie czekając na odpowiedź, skinieniem ręki zaprosił do środka.
- Jasne, że piję – odpowiedziałem i wszedłem do domku. Malutka lepianka sklecona była ze wszystkiego, co dało się zebrać w pobliskich ruinach. Urywki rosyjskiego popu trzeszczały z zawieszonego na ścianie radia, do którego dochodziły resztki wysyłanych z oddali fal radiowych. Pośrodku znajdował się metalowy piecyk opalany drewnem. Dawid wstawił doń tygielek z kawą, a następnie wyciągnął dwa kubeczki, czarnym od brudu palcem przetarł je od środka i poczęstował mnie słodkim naparem. – W ogóle to dziś mam siedemdziesiąte drugie urodziny – dodał.

A potem zaczął opowiadać: – Żyję w Agdamie już piętnaście lat. Jestem z Jeghegnadzoru, wiesz, tam w centralnej Armenii. Ale pracy nie było. Wyniosłem się tutaj, żyję tak jak widzisz, hoduję świnie i uczę się budować coś z niczego.
- Dużo tu ludzi zostało?
- Nie „zostało” – poprawia mnie Dawid. – Wszyscy mieszkańcy wynieśli się stąd podczas wojny. A teraz żyje nas tu może pięćdziesięciu, może stu. Mamy nawet sklepy.
- Sklepy?!
- Tak, ale to nie takie klasyczne, z kasą i towarami na półce… Po prostu składasz zamówienie. Jak ktoś pojedzie do miasta, to za dwa dni dostaniesz towar.



A więc w Agdamie istnieje życie! I to nie byle jakie, bo z kawą, wódką, i zalążkami organizacji społecznej. Życie prawdziwe, gorącokrwiste, a nie fikcyjne, tak jak kropka na mapie w miejscu miasta, albo pierwszoligowy klub piłkarski Qarabağ Ağdam, znany i z polskich boisk piłkarskich (od ponad dwudziestu lat na wygnaniu, zachowana została tylko nazwa).

Mieszkańcy Karabachu chyba boją się tego miejsca, bo ciągle przestrzegali: a to przed minami, a to przed snajperami na szczytach wzgórz, a to przed wojskowymi patrolami. Twierdzili, że tam nikogo już nie ma, że z miasta nic nie zostało, a ewentualne odwiedziny mogą się skończyć tragicznie. Rzeczywiście, azerbejdżańska armia podczas ucieczki zaminowała miasto, lecz dwadzieścia lat wystarczyło Ormianom na wydostanie z ziemi większości materiałów wybuchowych. Dziś większym zagrożeniem wydają się być miny rozsiane po ruinach przez krowy, lecz mimo to lepiej nie zbaczać z głównych dróg.

- Nie boisz się min i niewybuchów? – pytam Dawida.
- Prędzej się zimna boję.



Gdy ustała mgła, dało się poznać drzewka granatowe, wyrastające tu i ówdzie spomiędzy ruin. Z gałęzi smętnie zwisały resztki uschłych owoców, nie zebranych przez nikogo w minionym sezonie. W tle zamajaczyły wreszcie wieże meczetu, który, jako miejsce kultu, pozostał jedyną ocalałą budowlą w całym mieście. Poza tym, jak głosi rozbita tabliczka przed wejściem, to „historyczny i kulturalny zabytek chroniony przez Państwo”.

- Zostawili go, bo to świątynia – opowiada Wania, znajomy Dawida. – My nie niszczymy świętych miejsc. Tylko trzymamy tam krowy – dodaje, rozochocony wypitą przed chwilą urodzinową wódką.

Ta niecodzienna obora pełni dziś rolę centrum nieistniejącego miasta. Na ścianach toczy się barwne życie wulgarnych napisów. MNACAKAN TO GEJ – napisał po rosyjsku ktoś na ścianie, pod spodem podpisała się grupa młodzieży z niedalekiego miasteczka Martuni, a jeszcze dalej ślad po sobie pozostawiła wycieczka niemieckich eksploratorów miejskich. Wnętrze było puste, codzienne mieszkanki wypędzono akurat na pastwisko.

Natomiast ze szczytu minaretu widać było wszystko. Niekończące się ruiny oświetlało silne zakaukaskie słońce. Widziałem były szpital, kino, w którym nie puszczają już filmów, freski na sowieckim muzeum chleba, szerokie prospekty zarosłe chaszczami, wraki autobusów i ciężarówek, bezpańskie psy biegające po miejskim labiryncie… Widziałem też wielkie kamienne stopy, które kiedyś były pomnikiem Farada, bohatera perskiej baśni. Dopiero z wysokości można było stwierdzić, jaką pomyłką wojny jest Agdam.



A może miejscowi nie boją się wcale duchów i min w ruinach miasta, lecz czują po prostu palące uczucie wstydu?

- Możesz jechać niemal wszędzie, ale trzymaj się z daleka od granicy. No i tutaj nie pozwalamy – uczulała mnie tleniona blondynka w średnim wieku, typowa urzędniczka w budynku Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Górskiego Karabachu, wskazując palcem na Agdam.
- Dlaczego tam nie można?
- Bo niebezpiecznie… Zresztą, tam nie ma co oglądać – ucięła krótko.

Wojna Armenii z Azerbejdżanem o terytorium Karabachu zakończyła się w 1994 roku niekwestionowanym zwycięstwem Ormian. To ich historyczne terytorium, w czasach Związku Radzieckiego podarowane rządowi w Baku. Dziś oficjalnym językiem w Stepanakercie i okolicach znów jest ormiański, a jedynym świadectwem dawnej obecności Azerów w Karabachu są zagraniczne mapy, uparcie uważające separatystyczną republikę za terytorium Azerbejdżanu.

Zrujnowany Agdam stał się świadectwem tego wojennego chaosu, a jednocześnie symbolicznym miejscem, w którym to zwycięzcy ponieśli porażkę. Porażkę tym większą, że porozumienia pokojowego do dziś nie podpisano. Na granicy codziennie słychać strzały, a szala zwycięstwa w ewentualnym nowym konflikcie zdaje się przechylać na stronę Azerbejdżanu, opływającego ostatnio w dostatek za sprawą petrodolarów. Stąd też ciągłe prowokacje.

- Oni ciągle do nas strzelają, nawet do samochodów. Ostatnio zestrzelili turecką maszynę, bo przecież z góry nie widać, czy to Ormianie jadą, czy kto inny – opowiadał Wartan, kierowca ciężarówki ze Stepanakertu.

Nikt nie podejmuje się prognozowania przyszłości. Azerbejdżańskie wojska, tak słabe i nieprzygotowane do walki na początku lat dziewięćdziesiątych, teraz mają ewidentną przewagę. Jednak za Armenią stoi dziś Rosja, której zależy na podtrzymywaniu niepokojów w tej części świata. Jeśli krymski precedens nie wpłynie na Zakaukazie, stan wojennego zawieszenia może potrwać długie lata.

A Agdam, cegla po cegle, w końcu zniknie z karabaskiego krajobrazu.


---

Więcej zdjęć z Agdamu dostępnych jest TUTAJ.
Trwa ładowanie komentarzy...