Dajcie już spokój Ukrainie!

Stadion podświetlony na niebiesko-żółto, wiece poparcia i szum w internecie – Polska oszalała na punkcie ukraińskiej drogi do Unii Europejskiej. Temat naszego wschodniego sąsiada od dwóch tygodni nie schodzi z telewizyjnych newsów i pierwszych stron gazet. Tymczasem… o co nam tak naprawdę chodzi?

Ukraińcy sami wybrali. Tak działa system demokratyczny – władza otrzymuje legitymizację działań na drodze wolnych wyborów. W 2010 roku społeczeństwo wybrało na urząd prezydenta Wiktora Janukowycza. To prorosyjski polityk z Jenakijewa na wschodzie Ukrainy, gdzie nikt o Unii nie marzy, a wręcz przeciwnie – szerokie poparcie społeczne ma idea silnych związków z Rosją. Z kolei premier Mykoła Azarow to Rosjanin z estońskimi korzeniami, który osiedlił się na terytorium ukraińskiej SRR w wieku 37 lat. Prorosyjscy od zawsze politycy postępują prorosyjsko. Na tym polega przywilej uzyskanej władzy.


Wiktor Janukowycz istotnie nie ma ostatnio dobrych notowań. Zachód kraju obwinia prezydenta o zerwanie negocjacji z UE, lecz na wschodzie zarzuca się mu głównie odejście od prorosyjskiej drogi.

- Nasze problemy to wina Janukowycza – opowiadał mi w październiku Andriej, przedsiębiorca z Donbasu. – Wszyscy oczekujemy zbliżenia z Rosją, bo jesteśmy Rosjanami, a z Ukrainą nic nas nie łączy. Głosowaliśmy na Janukowycza, bo jest stąd, bo obiecywał, że pójdziemy w stronę wschodu.


Kto napełni kasę?

Od kiedy Ukraina stała się kapryśną panną, wybierającą pomiędzy dwoma zalotnikami, kraj podupadł. Wiele fabryk na wschodzie kraju zostało zamkniętych przez rosyjskich właścicieli. Wprowadzone przez potężnego sąsiada embarga na ukraińskie towary zrujnowały niejeden zakład. W październiku pisałem o mieście Stachanow, w którym tysiące ludzi wylądowały na bruku, gdy Rosja wprowadziła embargo na produkowane w miejscowej fabryce wagony. Finansowe problemy zakładu, zatrudniającego niemal sześć tysięcy robotników i produkującego do ośmiuset wagonów miesięcznie, zrujnowały miejski budżet – zależni od niego pracownicy otrzymują do odwołania zaledwie 20% swojej pensji.

Z jednej strony mają więc Ukraińcy konkretne groźby i szanse, z drugiej – niejasną, spowitą mgłą przyszłość dalszych negocjacji. Dla kraju, którego budżet jest w opłakanym stanie, igranie z rosyjskim niedźwiedziem może się skończyć tragicznie. I dla Unii, nie będącej gospodarczo w dobrym stanie, ewentualne stowarzyszenie się z Ukrainą oznacza problemy. A ściślej – konieczność pompowania pieniędzy w worek bez dna.

Nie jest tajemnicą, że gra idzie o pozbawienie Rosji jednej z najważniejszych stref wpływów. Mocarstwowa rywalizacja Brukseli z Moskwą to fakt. Patrząc przez pryzmat historii, oddalenie Rosji od naszej wschodniej granicy leży w polskim interesie. Problem w tym, że opinia publiczna nie zastanawia się nad sednem zagadnienia. W wielu wypadkach polskie „wsparcie” dla Ukrainy to pustosłowie i tanie polityczne przedstawienie bazujące na emocjach. Tym bardziej, że nie jesteśmy tam istotnym graczem. Cytując Ministerstwo Gospodarki:
„Obecnie Polska zajmuje 13 miejsce na liście największych inwestorów zagranicznych na Ukrainie, z udziałem w łącznej kwocie zrealizowanych dotąd w tym kraju inwestycji wynoszącym 1,7%.”


Symbole ważniejsze od treści?

Piękny to obrazek – pomnik Lenina w Kijowie obalony, Ukraina zrywa z sowiecką przeszłością. Tylko czy już raz tego nie widzieliśmy? W 2004 roku cała Polska machała pomarańczowymi flagami śpiewając „razom nas bahato”. Czas pokazał, że Pomarańczowa rewolucja przyniosła Ukrainie jedynie destabilizację i kłótnie na szczytach władzy. Romantyzm chwili, tak ukochany przez gorącokrwiste narody słowiańskie, przynosi często niekorzystne zmiany. Ciężko też powiedzieć, czy obecne protesty rzeczywiście oznaczają chęć pójścia w stronę zachodu, czy raczej wynikają z rozczarowania władzą i ogólną (kryzysową) sytuacją. Wiadomo na pewno, że to wystąpienie dużego miasta, które żyje zupełnie inaczej, niż przeciętna wioska na końcu ukraińskiego świata.

Trzeba pamiętać, że to nie jest jednolity kraj. Im dalej na wschód, tym mniej języka ukraińskiego w codziennym użyciu. Aż do całkowitego zaniku – niemal wszyscy mieszkańcy wschodniej części Ukrainy to etniczni Rosjanie, mówiący po rosyjsku i posiadający rodziny za granicą. Dla nich integracja z Unią to dezintegracja z krewnymi.

Co o scenie politycznej Ukrainy wie przeciętny użytkownik Facebooka, zmieniający zdjęcie profilowe na dwie połączone flagi – ukraińską i unijną? Dlaczego uważa, że to dla naszego sąsiada jedyna droga? Wreszcie – dlaczego sądzimy, że mamy w tej sprawie tak wielkie znaczenie? Zadajmy sobie dziś te pytania, a potem wygaśmy ten nieszczęsny stadion, świecący na niebiesko-żółto.
Trwa ładowanie komentarzy...