Ukraina. Krajobraz po Majdanie

W nocnym pociągu ze Lwowa do Odessy siedzi młody ukraiński żołnierz. Obok – dwójka Polaków rozmawiających ze sobą w ojczystym języku. „Przestańcie mówić po polsku” – krzyczy wojak – „jesteście na Ukrainie i powinniście rozmawiać po ukraińsku”. Polacy nie reagują, rzucają tylko zdziwione spojrzenia. Dwie godziny później pijany już żołnierz nuci sobie, bynajmniej nie po ukraińsku, pod puszczaną z telefonu rosyjską muzykę – Wiaczesława Butusowa, zespół Serebro…

To krótkie zdarzenie wiele mówi o dzisiejszym stanie państwa ukraińskiego. Nieobecne, rozlazłe, wewnętrznie skłócone i niespójne. W Karpatach chwali się nowy rząd i zachodzące przemiany, ale już kawałek dalej, na nizinie odeskiej, to ekipa Poroszenki i Jaceniuka uważana jest za zdrajców narodu.


– Krym jest rosyjski? – pytam taksówkarza z Bieliajewki koło Odessy.
– Tak.
– Przecież mówi pan po ukraińsku i żyje w niepodległej już prawie 25 lat Ukrainie.
– A dlaczego niepodległa Ukraina przez 25 lat doprowadziła do czegoś takiego?! – podnosi głos taksówkarz i ręką pokazuje na drogę do tego stopnia dziurawą, że ciężko już znaleźć choć kawałek w miarę równego asfaltu. – Dlaczego przez 25 lat niepodległości nie osiągnęliśmy niczego, a wręcz doprowadziliśmy do zapaści? Szczególnie przez ostatni rok.

Rzeczywiście, po dramatycznym spadku wartości hrywny ukraińska gospodarka zapadła się, pozostawiając mieszkańców praktycznie bez środków do życia. Dla turystów z Polski miejscowy kryzys walutowy oznacza niebywale tanią wschodnią wódkę, jednak dla Ukraińców jest katastrofą. Tysiąc hrywien miesięcznej wypłaty stanowi równowartość około stu siedemdziesięciu złotych. To oczywiście najniższy pułap wynagrodzenia, ale wcale nie tak rzadko spotykany, tym bardziej, jeśli pod uwagę weźmie się także emerytów i rencistów.

Przeciętny dalekobieżny bilet kolejowy kosztuje dziś koło dwustu hrywien. Przejazd komunikacją miejską – od dwóch (starym i wolno jadącym tramwajem) do sześciu (popularną „marszrutką”, busikiem). Za półlitrową butelkę wody mineralnej trzeba zapłacić od pięciu do dziesięciu hrywien, podobnie za niewielką kawę sprzedawaną w ulicznej budce. Łatwo więc wyliczyć, że tysiąchrywnowa wypłata nie wystarczy na wiele, co dopiero mówić o godnym życiu. Ten spektakl raz już grali nad Dnieprem i Wołgą – na początku lat dziewięćdziesiątych, wkrótce po upadku Związku Radzieckiego, gospodarka nowo powstałych krajów musiała uporać się z transformacją ekonomiczną. Na ulicy pojawił się barter, bo w fabrykach płacono nie pieniędzmi, a wyrobami konkretnego zakładu (pensja mogła więc wynosić dwie kuchenki gazowe albo dziesięć par skórzanych butów). Pomiędzy Rosją a Ukrainą kursowały tak zwane „pachnące pociągi”, czyli wagony, w których Ukraińcy na potęgę przewozili tańsze rosyjskie produkty. Dzisiaj młodzi wyjeżdżają na zachód, głównie do Polski. Starsi wyprzedają co się da – maliny z własnej działki, wiszące w szafie radzieckie pamiątki…

– Tego bazaru jeszcze w zeszłym roku nie było – komentuje Artiom, młody mieszkaniec Zaporoża, gdy pomiędzy blokami natrafiamy nagle na dzikie targowisko.
– Handel uliczny bez zezwolenia nie jest na Ukrainie zakazany?
– Oczywiście, że jest, ale kto przegoni stąd te biedne babuszki? – retorycznie odpowiada chłopak.


PTN PNH

A jednak patriotyzm ukraiński ma się nieźle, można by nawet powiedzieć, że coraz lepiej. Niebiesko-żółte flagi za przednią szybą samochodów przestały być domeną zachodniej części Ukrainy – widoczne są także za linią Dniepru, w regionach tradycyjnie rosyjskojęzycznych.

W Dniepropietrowsku, mieście położonym dwieście kilometrów od terenu donbaskich działań wojennych, bez problemu można dziś kupić cały zestaw patriotyczno-nacjonalistycznych gadżetów. Sklepiki w centrach handlowych i na dworcach oferują niebiesko-żółte koszulki, proporczyki, magnesy na lodówkę, kartki pocztowe. Wszystko z ukraińską flagą, trójzębem, napisem „Sława Ukrainie”. Pasjonaci militariów mogą tam nabyć wojskowe naszywki z nazwami poszczególnych batalionów walczących o ukraiński Donbas. Sporą popularnością cieszą się te przedstawiające „Cyborgów”, czyli żołnierzy toczących długotrwałą wyczerpującą walkę w ruinach donieckiego lotniska.

Najmodniejsze są jednak gadżety z napisem PTN PNH (skrót od popularnego wyrażenia „Putin, paszoł na ch…”). Wulgarny skrótowiec ozdabia dziś na Ukrainie wszystko, od postawionych na drodze militarnych posterunków nacjonalistycznej partii Prawy Sektor, aż po torebkę cukru, podawaną w knajpie razem z zamówioną kawą. W kwietniu zeszłego roku wyświetlono go na ścianie niedobudowanego trzydziestopiętrowego hotelu „Żagiel” w Dniepropietrowsku (podczas nocnego pokazu laserowego ogromny hotel stał się ekranem również dla takich napisów jak „sława Ukrainie”, „wschód i zachód razem”, „nie dla separatyzmu”). Plotki głoszą, że niemiła odezwa do prezydenta Rosji przez krótki czas widniała nawet na biletach dniepropietrowskiej komunikacji miejskiej.


Wiatr zmian wieje na tyle silnie, że niniejszy artykuł najprawdopodobniej zdezaktualizuje się późną jesienią. W myśl przyjętych przez ukraiński parlament ustaw dekomunizacyjnych, wszelka symbolika radziecka staje się nielegalna. Trzeba zatem pozwalać pomniki, pozmieniać nazwy instytucji, ulic, placów, oraz pozostałych obiektów topograficznych. Trzecie pod względem wielkości miasto Ukrainy wkrótce musi przestać być Dniepropietrowskiem, jego nazwa składa się bowiem z dwóch członów: pierwszy pochodzi od przepływającej przez miasto rzeki Dniepr, drugi natomiast upamiętnia Grigorija Pietrowskiego, komunistycznego działacza państwowego, przez dwadzieścia lat pełniącego wysoką funkcję przewodniczącego Wszechukraińskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego USRR. Jak zatem wkrótce będziemy nazywać naddnieprzańską metropolię? W lokalnej dyskusji powracają stare nazwy miasta: Katerynosław (wariant nieprawdopodobny, bo wspominający rosyjską carycę) i Siczesław (opcja postulowana przez nacjonalistów). Najbardziej prawdopodobnym wyjściem z sytuacji jest jednak pozostawienie pierwszego członu starej nazwy – Dnipro, czyli po naszemu Dniepr. Mieszkańcy od dawna mówią tak o swoim mieście, utrudzeni wymową wszystkich sylab Dniepropietrowska.

Ukraińska ulica wydaje się być podzielona w kwestii ustaw dekomunizacyjnych. Spośród wielu głosów, których wysłuchałem we wschodniej części kraju, często pojawiają się opinie, że o ile zwalanie z piedestału komunistycznych katów pokroju Feliksa Dzierżyńskiego wydaje się ideą ze wszech miar słuszną, o tyle różne drobniejsze zmiany ocierają się o fałszowanie i zamazywanie lokalnej historii, jak bardzo niechlubna by ona nie była. Wiele przemysłowych miast wschodniej Ukrainy powstało od zera w czasach Związku Radzieckiego. Zdarza się, że całe lokalne uniwersum stanowią socrealistyczne wieżyczki i wykusze przy głównym placu, ogromny kombinat metalurgiczny, dzielnice „chruszczówek” (bloków z wielkiej płyty) i pomnik Lenina. Czym innym jest więc szerzenie wiedzy o prawdziwym obliczu totalitarnego systemu, a czym innym pozbawianie miejsca całej jego historii.


Powstaje także pytanie, czy państwo będące na skraju gospodarczo-humanitarnej katastrofy stać na tego typu wizerunkowe działania. Sama zmiana nazwy miasta niesie za sobą milionowe wydatki: należy wymienić na nowe wszystkie tablice, znaki, napisy na pomnikach, całą państwową dokumentację, dowody osobiste i paszporty.

Oczywiście pojawiają się też takie głosy jak Artioma z Zaporoża, który chciałby przemianowania głównej ulicy miasta z prospektu Lenina na prospekt Lennona. Chłopak argumentuje, że za dużo już w regionie sztucznie powstałych granic.


Moja ulica murem podzielona

Mówiąc o granicach, Artiom ma na myśli te rzeczywiste, państwowo-biurokratyczne. Większym problemem wydają się być jednak granice mentalne, dzielące dziś Ukraińców na wiele różnych grupek. Jak poważny jest to problem, dowodzą lipcowe wydarzenia z Zaporoża. Bojówkarze dwóch nacjonalistycznych, paramilitarnych organizacji – Prawego Sektora oraz Siły Nacji – starły się w bratobójczej walce podczas protestu pod budynkiem miejscowej prokuratury. Jeszcze do listopada obie frakcje wspólnie tworzyły zaporoski oddział Prawego Sektora, jednak po wyborczym skandalu część członków została wyrzucona z ogólnoukraińskich szeregów partii. Tak powstała Siła Nacji, organizacja nawiązująca do tradycji siczy kozackiej.

– W przeciwieństwie do Prawego Sektora, którego celem jest walka o całą Ukrainę, dla Siły Nacji istotne jest jedynie Zaporoże – tłumaczy mi pragnący zachować anonimowość lokalny dziennikarz. – Nieoficjalnie mówi się, że jeżeli Putin zaproponuje regionowi lepsze warunki, czyli autonomię albo więcej pieniędzy, to Kozacy staną po stronie Kremla.

Na razie, choć z zastrzeżeniami, nacjonaliści dogadują się z kijowskim rządem. Podobnie najważniejsi oligarchowie. Nie jest tajemnicą, że spokój w regionie dniepropietrowskim zapewnia Igor Kołomojski, jeden z najbogatszych Ukraińców. Coraz częściej pojawiają się jednak pęknięcia. W Mukaczewie na Zakarpaciu doszło latem do strzelaniny pomiędzy Prawym Sektorem a państwową milicją. Kilka dni później w spokojnym do tej pory Lwowie miały miejsce dwa zamachy bombowe na lokalne komisariaty. Pod koniec sierpnia w Kijowie miał miejsce szturm na parlament, spowodowany przyjęciem kontrowersyjnej ustawy o decentralizacji władzy w kraju.

Ale wewnętrzne podziały to nie jedyne problemy patriotów, usiłujących szerzyć ukraińską tożsamość narodową. Jednym z ważniejszych dogmatycznych zagadnień jest brak narodowego bohatera, którego wizerunek mógłby służyć za wzór dla młodych Ukraińców. Bohdan Chmielnicki przestał pasować do tej roli, bo w 1654 roku zawarł z carem ugodę perejasławską, kozackie ziemie oddając de facto pod władzę Rosji; zagorzała antypolskość Chmielnickiego również jest problemem w sytuacji, kiedy to właśnie Polska najbardziej gorliwie wspiera zachodzące na Ukrainie przemiany. Z tego samego powodu niewygodnym bohaterem narodowym jest dla Ukrainy Stepan Bandera.

W Mikołajowie nad Morzem Czarnym wdaję się w krótką rozmowę z jadącym tym samym tramwajem emerytem. Parę słów o pogodzie, trochę o Polsce. W końcu mężczyzna nachyla się i szepcze mi do ucha:
– Polacy nigdy nie zapomnieli rzezi wołyńskiej.
– Na takie tematy nie będę rozmawiał w tramwaju – odpowiadam.
– I bardzo mądrze. Gdybyś nie był Polakiem, bałbym się w ogóle z tobą rozmawiać.


W gotowości

Strach widoczny jest i bez słów, choć kraj stara się żyć normalnie. Na jednym z bazarów byłem świadkiem wybuchu zbiorowej paniki. Ktoś posiał plotkę, że po strzelaninie na Zakarpaciu do zamachu stanu mobilizuje się cały ukraiński Prawy Sektor, że drogi do Kijowa są już zablokowane, a wschodnie regiony zbuntowały się przeciwko prezydentowi Poroszence. Żadna z informacji nie była prawdą, ale rozszalałemu tłumowi nie jest potrzebna weryfikacja zasłyszanych wieści.

W ukraińskich stacjach radiowych na okrągło lecą spoty reklamujące ucieczkę na zachód. „Chcesz mieszkać w najbezpieczniejszym kraju Europy? To nie jest takie trudne!” – zachęca rozemocjonowany lektor, proponując słuchaczom kupno mieszkania na Słowacji. Wyjazdu do Polski nie trzeba reklamować. Tak jak kilka lat temu młodzi Polacy masowo wyjeżdżali do pracy w Anglii, tak dziś celem tysięcy Ukraińców staje się właśnie kraj nad Wisłą.

Strach przed kolejną rosyjską prowokacją, czy wręcz zamachem, jest spory, dlatego obiekty strategiczne, takie jak mosty, fabryki i elektrownie, ochraniane są przez żołnierzy z karabinami maszynowymi. W jednym z takich miejsc zatrzymali mnie bojownicy paramilitarnej organizacji. Sprawdzali wszystko – każdą pieczątkę w paszporcie, każde zrobione zdjęcie.

– Mam brata w Doniecku – otworzył się znienacka jeden z mundurowych. – Albo raczej miałem. Zadzwoniłem kiedyś, żeby spytać o zdrowie, o dzieci. Odłożył słuchawkę.

Najgorsze, że na taki rozwój wydarzeń nijak nie dało się przygotować. Bo kto mógłby wymyślić scenariusz, w którym prawosławny Rosjanin stanie do walki z podobnym mu prawosławnym rosyjskojęzycznym Ukraińcem? W czasach Związku Radzieckiego rodziny nierzadko porozdzielane były od Lwowa po Władywostok, więc nawet po rozpadzie Sojuza granice nie stanowiły problemu dla stęsknionych krewnych. Teraz wszystko stanęło na głowie. Ukraińska droga do normalności będzie niestety długa i bardzo kręta.

– To tylko dwieście kilometrów stąd – żołnierz nie przestaje się żalić. – Rodzony brat.
Trwa ładowanie komentarzy...