O autorze
Filip Faliński - podróżnik, dociekliwy pasjonat świata, zwłaszcza tego na wschód od Bugu i na północ od koła podbiegunowego. Student filologii rosyjskiej na UAM, współpracownik Instytutu imienia Oskara Kolberga, gdzie ciągle zaskakują go dziewiętnastowieczne rękopisy. Zainteresowany historią, językiem, bieżącymi wydarzeniami. Prywatnie autor bloga stacjafilipa.pl.

"Moi znajomi uciekają do Rosji" - wywiad z mieszkańcem ostrzeliwanego Mariupola

Paweł ma niespełna trzydzieści lat i od urodzenia mieszka w Mariupolu, o którym głośno ostatnio w mediach ze względu na ostrzał prowadzony przez prorosyjskich separatystów. W krótkim wywiadzie opowiada na temat życia w oblężonym mieście i o donbaskiej wojnie z perspektywy "ukraińskiego Rosjanina", jak sam siebie określa.

-----

- Wszystkie nasze media informowały o niedawnym ostrzale Mariupola. Kilkudziesięciu ludzi zginęło, Internet obiegły filmy z wybuchami i zdjęcia przedstawiające zrujnowane budynki. Tymczasem ty się uśmiechasz, prąd jest, woda jest. Jak naprawdę żyje się w Mariupolu tej zimy? Co się zmieniło?



- Przede wszystkim zmieniły się ceny. Mamy duże problemy z inflacją, hrywna straciła na wartości prawie 2,5 raza [od czasu piątkowej rozmowy z Pawłem ukraińska waluta znów dramatycznie potaniała - przyp. aut.]. Podrożała żywność i różne produkty codziennego użytku. To ostatnio główny problem nie tylko mieszkańców Mariupola, ale myślę, że i całej Ukrainy.

- Miasto funkcjonuje normalnie, pomimo ostrzałów?

- Jeśli nie zwrócisz uwagi na spalony budynek Rady Miasta, to dojdziesz do wniosku, że w Mariupolu niewiele się zmieniło. Czasem przejeżdżają ciężarówki ukraińskiej armii, wiozą amunicję i zaopatrzenie na front. W sklepach spotykasz żołnierzy z kałasznikowami na plecach. Rozumiesz, to jest moja, ukraińska armia, ale mimo wszystko można się poczuć niekomfortowo.

- Ale mówisz o tym z perspektywy mieszkańca zachodniej, bezpieczniejszej części miasta.

- Ja mieszkam w centrum, to jest za rzeką, spory kawałek od dzielnic, które były ostrzeliwane.
- Mówi się, że Rosjanie mogą chcieć przyłączenia do Rosji nadmorskiego korytarza łączącego ich kraj z Krymem. Chodzi między innymi o położony nad brzegiem morza Mariupol. Nie boisz się takiego przebiegu sytuacji?

- Powiem tak: bardzo bym tego nie chciał.

- Sądzisz w ogóle, że to możliwy scenariusz?

- Tak, to zupełnie prawdopodobne. Chodzi o to, że decyzje dotyczące Ukrainy podejmuje tak naprawdę jeden człowiek, Władimir Putin. On może to zrobić, a potem wyjaśnić swojemu narodowi, dlaczego to było konieczne. Jednak w chwili obecnej miasto jest silnie bronione. Żeby je zdobyć, Rosjanie musieliby liczyć się z dużymi stratami, a nie sądzę, żeby podjęli teraz ryzyko. Od lata armia ukraińska ciągle umacniała swoją pozycję w Mariupolu.

- Ale już raz była sytuacja, kiedy miasto nieomal zostało wzięte przez separatystów.

- To było pod koniec lata. Wtedy sami ukraińscy żołnierze mówili w telewizji, że nie mają uzbrojenia, że jedyne, czym mogą się bronić, to kałasznikowy. Po fakcie sami separatyści z DNR obwiniali się wzajemnie o to, że nie skorzystali z okazji i nie zdobyli miasta. Wyobraź sobie, że nawet okręgową prokuraturę, którą wcześniej przenieśli z Doniecka do Mariupola, ewakuowali w tamtych dniach do Zaporoża. Jak rozumiem, same ukraińskie władze rozumiały, że Mariupol może w każdej chwili paść, skoro ktoś podjął decyzję o przewiezieniu wszystkich oficjalnych dokumentów sto pięćdziesiąt kilometrów dalej.

- A potem nagle przyjechał Poroszenko.

- Tak, potem zaczęto umacniać miasto i kilka dni później przyjechał prezydent, żeby swoją obecnością powiedzieć "my Mariupola nie oddamy". Poszedłem na to spotkanie i zrobiłem sobie nawet selfie z przemawiającym Poroszenką w tle.

- Co byś zrobił, gdyby separatyści jednak zdobyli Mariupol?

- Prawdopodobnie starałbym się wyjechać. Obawiam się, że sytuacja stawałaby się wówczas coraz cięższa. Na przykład w Doniecku nie pracują banki i niektóre sklepy - nie jest łatwo. Ale dopóki miasto jest w rękach ukraińskich, nie chcę wyjeżdżać.

- A twoi znajomi wyjeżdżają?

- Akurat wczoraj dowiedziałem się, że mój kolega uciekł do Rosji, ma rodzinę pod Rostowem. Zupełnie się tego nie spodziewałem - rozmawiamy jak co dzień, a on nagle mnie informuje "jestem w Rosji". Jego rodzice spanikowali, że wkrótce na pewno nikogo nie będą wypuszczać z Mariupola i to ostatni dzwonek, żeby się stąd wynieść. Jeśli już gdzieś moi znajomi wyjeżdżają, to właśnie do Rosji. Sporo ludzi ma tam rodziny. Lepiej uciekać tam, niż na przykład do Kijowa, bo nie jest wykluczone, że na Ukrainie może nas czekać pobór do wojska... A tego mało kto by chciał.

- Czy łatwo wyjechać z miasta?

- Mój wujek mieszka dwadzieścia kilometrów od Mariupola, w małej wiosce. Ostatnio opowiadał, że po drodze do domu kilkukrotnie sprawdzali jego tożsamość. Co więcej, ostatnimi czasy żołnierze każą rozbierać się mężczyznom do pasa. Oglądają, czy na ramionach nie ma siniaków, które powstają od strzelania z karabinu. Ja sam jechałem w tym roku do Kijowa i musiałem pięciokrotnie wychodzić z pociągu, aby żołnierze mogli sprawdzić moją tożsamość i bagaż. Ale da się normalnie stąd wyjechać, choć na pewno jest to bardziej kłopotliwe niż w czasie pokoju.
- Uważasz się za ukraińskiego patriotę?

- Jestem rosyjskojęzycznym obywatelem Ukrainy, jak większość tutaj. Moim ojczystym językiem jest rosyjski, z całą rodziną porozumiewam się po rosyjsku. Moja mama urodziła się w Rosji, pod Archangielskiem. Ja przyszedłem na świat tutaj, w Donbasie i uważam się za Rosjanina. Ale Ukraina to moja ojczyzna. Jeśli wezwą mnie do wojska, za wszelką cenę uciekać przed komisją nie będę.

- Skomplikowane. Pytam o to, bo pamiętam z moich wcześniejszych podróży do Donbasu, że większość poznanych przeze mnie ludzi była prorosyjska, a ukraińskiego uczyli się w szkołach, jako języka obcego.

- Tak tutaj jest, dlatego uważam, że prezydent Poroszenko popełnił wielki błąd, nie przyznając rosyjskiemu roli drugiego urzędowego języka Ukrainy. Być może teraz płaci za ten błąd zaostrzeniem się sytuacji w Donbasie.

- Gdy jechałem do Doniecka w 2010 roku, zaraz po wyborze Wiktora Janukowycza na stanowisko prezydenta, w całym kraju wisiały propagandowe plakaty Partii Regionów. Napis głosił "Budujemy nowe państwo!" i do Kijowa było to ogłaszane po ukraińsku, a od Kijowa na wschód - już po rosyjsku.

- Ja myślę, że politycy zachodnioukraińscy uważają nakaz mówienia po ukraińsku za sposób upokorzenia wschodu. Nie patrząc na to, że tu 90% ludności mówi po rosyjsku, nakazali wszystkie urzędowe procesy załatwiać po ukraińsku. Oczywiście w prostych sprawach nie jest to wielki problem, ale wszystkie oficjalne dokumenty też trzeba wypełniać po ukraińsku, co czasem przysparza trudności.

- Wydawało mi się, że akurat ty politycznie jesteś bardziej proukraiński.

- Bo tak jest. Jednak żadna ze stron konfliktu nie ma monopolu na rację. Tutaj, w Donbasie, już podczas Majdanu podnosiły się głosy, jakoby rewolucję miał opłacać zachód: Amerykanie, albo inne siły. Rosjanie z Donbasu nie mogli wyobrazić sobie, że protestujący wyszli na ulice tylko z tego powodu, że klan Janukowycza codziennie ich okrada. Oczywiście, wszyscy wiedzieli, że prezydent rozprzestrzenił korupcję do niewyobrażalnych rozmiarów, widzieli pałace i folwarki oligarchów. Ale tu nic nie było proste. Dziewiątego maja, w Dzień Zwycięstwa, który dla każdego Rosjanina jest bardzo ważnym świętem, ktoś ostrzelał u nas miejską komendę policji. Po mieście poszły słuchy, że to prowokacja zorganizowana przez proukraińskiego komendanta, który chciał udowodnić jak agresywnie nastawieni są Rosjanie.

- Myślisz, że po tym wszystkim ludzie, którzy wzajemnie do siebie strzelają, będą mogli żyć w jednym państwie?

- Nawet jeśli to wszystko szybko ucichnie, na co się nie zanosi, będzie musiało minąć wiele lat, żeby Donbas powrócił do normalności.
Trwa ładowanie komentarzy...